Cara Delevingne, 19 lat
Eternal Winter
sobota, 12 marca 2016
piątek, 11 marca 2016
Od Ayi c.d. Ramiego
- Uch, rozumiem - chrząkam, naciągając z powrotem na czoło spadającą mi czapkę. Marvel merda ogonem, a ja mu zazdroszczę, że... no... jest psem i ma gęstą, ciepłą sierść, dzięki której te mrozy są mu niestraszne. Z drugiej strony, nie jest aż tak źle... Chyba, że faktycznie wziąć pod uwagę egipskie korzenie Ramiego, to może nie jest zbytnio... przyzwyczajony. Ja, jako Kanadyjka z krwi i kości dziarsko znoszę wszelkie pogody tego typu, toteż na spacery z Marvem wychodzę niemalże codziennie, nie przejmując się ujemnymi temperaturami.
- Skoro już tu stoimy, chciałbyś może wpaść do mnie na kawę? Faktycznie jest tu trochę zimno. - kłamię, gdyż nie jest mi aż tak chłodno, nie licząc odmarzniętych dłoni z powodu braku rękawiczek. Poza tym jestem opatulona w ciepły sweter i płaszcz, co chroni mnie przed zimowymi urokami.
- Czemu nie? - Rami wzrusza ramionami, uśmiechając się przyjacielsko. Jak dużo czasu minęło, odkąd ostatnio piliśmy razem kawę... No... Nie kawę i nie całkiem razem - bo pamiętam to jak dzisiaj, że byliśmy jeszcze z Elise, Thomasem i Bradem, i że każdy z nas zamówił kakao. Pamiętam też, że Brad i Thomas byli z rocznika Ramiego, Elise natomiast była moją najlepszą klasową kumpelą. O, tak, byłyśmy wtedy w pierwszej liceum, a chłopacy w trzeciej. Niestety... utraciłam kontakt z nimi wszystkimi - właściwie z Ramim też, ale tak się złożyło, że spotkałam go tutaj.
- Co się tak zamyśliłaś? - śmieje się Rami wesoło.
- Wspominam. - unoszę głowę, aby spojrzeć na twarz chłopaka.
Dochodzimy do mojego domu na obwodnicy miasta i wchodzimy do środka. Mama i tata są w pracy, Nikki u koleżanki, więc w domu zostały Brianna i Lena, które śpią w swoich pokojach. Zapraszam więc gościa do salonu, gdzie usadawia się na fotelu.
- To... kawy, herbaty, kakao? - pytam.
Rami? Wybacz, ale to opowiadanie jest takie żałosne :c
Od Ramiego c.d: Ayi
"Cholera, Rami, co cię napadło żeby wychodzić z domu?"-odezwał się mój wewnętrzny głos gdy przebijałem się przez śniegowe zaspy. Uch, nienawidzę takiej pogody. Szkoda, że na tym świecie istnieje tylko taka. Tak naprawdę to nie wiedziałem po co wyszedłem. Gdy rano się obudziłem, naszła mnie ochota wyjść wreszcie z domu. To był chyba najgłupszy pomysł jaki mogłem wymyślić. Zmierzyłem wzrokiem dzieci bawiące się na śniegu. Takie małe i głupiutkie. Jeszcze im się ten śnieg znudzi. Nagle usłyszałem za sobą szczekanie psa. Odwróciłem się. Przede mną zatrzymała się blondynka. Przez chwilkę zastanawiałem się kto to jest. Jednak po jej pierwszych słowach już sobie przypomniałem. Ayanette.
-Rami, matko, jak ja cię dawno nie widziałam. Jak życie mija? Utraciliśmy kontakt po tym, jak ja zakończyłam szkołę. A więc? Co słychać?
-Ach, u mnie w porządku. Gdyby nie ta pogoda. No, ale cóż. A u ciebie?
-U mnie też dobrze-uśmiechnęła się.-Dlaczego wcześniej cię nie widziałam?
-Ach, wiesz, ja wychodzę z domu może raz, dwa razy na miesiąc. Tylko po to żeby zapełnić lodówkę.
-Dlaczego?
-Nienawidzę tego śniegu, brrr-zimny dreszcz przeszedł po moich plecach.-Mam egipskie geny, a tam zwykle jest ciepło. No, znaczy było. Zanim ta wstrętna zimna nie zawładnęła światem.
Aya?
-Rami, matko, jak ja cię dawno nie widziałam. Jak życie mija? Utraciliśmy kontakt po tym, jak ja zakończyłam szkołę. A więc? Co słychać?
-Ach, u mnie w porządku. Gdyby nie ta pogoda. No, ale cóż. A u ciebie?
-U mnie też dobrze-uśmiechnęła się.-Dlaczego wcześniej cię nie widziałam?
-Ach, wiesz, ja wychodzę z domu może raz, dwa razy na miesiąc. Tylko po to żeby zapełnić lodówkę.
-Dlaczego?
-Nienawidzę tego śniegu, brrr-zimny dreszcz przeszedł po moich plecach.-Mam egipskie geny, a tam zwykle jest ciepło. No, znaczy było. Zanim ta wstrętna zimna nie zawładnęła światem.
Aya?
Od Lucy
Otworzyłam oczy i spojrzałam na sufit. Podniosłam się, dzięki czemu
usiadłam na miękkim materacu, który był moim łóżkiem. Wzrok skierowałam
na stworka na ścianie, który narysowałam w dniu, w którym dostałam swoje
pierwsze pastele, czyli coś do malowania. Dopiero teraz zrozumiałam, że
trzeba wyłączyć budzik w telefonie, który grał już od parunastu sekund.
Znałam i uwielbiałam ten kawałek - System of a Down "Hypnotize".
Zaczęłam biec przez korytarz, gdyż kilka sekund temu zrozumiałam, że za minutę powinnam być na stołówce, a pani która panuje nad sierocińcem, nie jest miła i nie lubi dzieci, dlatego nie mogę się spóźnić.
Wybiegłam pierwsza z pomieszczenia gdy tylko można go było opuścić i odetchnęłam z ulgą. W ciągu trzech sekund znalazłam się na podwórku. Usiadłam na ławce gdzieś w parku, a do uszu wsadziłam słuchawki. Wyjęłam zeszyt i długopis, po czym otworzyłam na przypadkowej stronie. W telefonie wybrałam piosenkę Nirvany, takiego zespoły, który jest boski. Gdy już całkowicie odcięłam się od świata i nie słyszałam niczego, zaczęłam rysować kolibra. Wszystko się zdawało normalne. No prawie... jeśli zauważą moją nieobecność, będę miała przechlapane i znowu mnie pani Brailey zbije batem, a potem będzie kazać mi sprzątać cały sierociniec. Ale mało mnie to obchodzi. Nikomu nie pozwala wychodzić na dwór, a ja nie mam zamiaru tracić życia przez jakąś głupią babę. I wtedy coś wylądowało na mojej głowie, jakby mały kotek, ale nie jestem pewna. Wiem tyle, że to coś wyrwało z moich dłoni zeszyt i wyciągnęło słuchawki w uszu. W jednej chwili się wywróciłam na chodnik, gdzie uderzyłam o niego głową. Nie wiele się podniosłam i złapałam się za głowę, która pulsowała.
<Ktoś?>
Zaczęłam biec przez korytarz, gdyż kilka sekund temu zrozumiałam, że za minutę powinnam być na stołówce, a pani która panuje nad sierocińcem, nie jest miła i nie lubi dzieci, dlatego nie mogę się spóźnić.
Wybiegłam pierwsza z pomieszczenia gdy tylko można go było opuścić i odetchnęłam z ulgą. W ciągu trzech sekund znalazłam się na podwórku. Usiadłam na ławce gdzieś w parku, a do uszu wsadziłam słuchawki. Wyjęłam zeszyt i długopis, po czym otworzyłam na przypadkowej stronie. W telefonie wybrałam piosenkę Nirvany, takiego zespoły, który jest boski. Gdy już całkowicie odcięłam się od świata i nie słyszałam niczego, zaczęłam rysować kolibra. Wszystko się zdawało normalne. No prawie... jeśli zauważą moją nieobecność, będę miała przechlapane i znowu mnie pani Brailey zbije batem, a potem będzie kazać mi sprzątać cały sierociniec. Ale mało mnie to obchodzi. Nikomu nie pozwala wychodzić na dwór, a ja nie mam zamiaru tracić życia przez jakąś głupią babę. I wtedy coś wylądowało na mojej głowie, jakby mały kotek, ale nie jestem pewna. Wiem tyle, że to coś wyrwało z moich dłoni zeszyt i wyciągnęło słuchawki w uszu. W jednej chwili się wywróciłam na chodnik, gdzie uderzyłam o niego głową. Nie wiele się podniosłam i złapałam się za głowę, która pulsowała.
<Ktoś?>
Od Ayi
Stoję przed sklepem i patrzę otępiałym wzrokiem na przerozmaite ciasta i ciastka znajdujące się za szybą. Wkładam dłonie do kieszeni, gdyż już wystarczająco mi zamarzły, a że zaczynają mnie okropnie boleć od tego mrozu, czuję się naprawdę niefortunnie.
Hej, dlaczego nie pójdziesz do domu, spytacie. I tu zaczyna się mój problem, bo właśnie próbuję rozważyć tą decyzję. Wrócić do ciepłego, przytulnego mieszkania, czy też nie? W kieszeni macam moją jedyną monetę, która akurat starczyłaby na zapłacenie za tą pysznie wyglądającą babeczkę z posypką czekoladową. Mam jednak jeden mały acz bardzo poważny problem, jakim jest obrzydliwie długa kolejka, ciągnąca się aż za drzwi wejściowe sklepiku. Ulec pokusie, czy ją odepchnąć? Te straszne dylematy!
Na ziemię sprowadza mnie gwałtowne szarpnięcie Marvela, którego koniec smyczy trzymam w dłoni. Mieszaniec szczeka donośnie, zwracając na siebie uwagę przechodniów. Przez moment zastanawiam się, co może być przyczyną takowego zachowania wilczura, jednak gdy tylko się odwracam, z uśmiechem uświadamiam sobie prawdę.
Rezygnuję z czekoladowego nieba w ustach i szybkim, aczkolwiek utrudnionym przez masy śniegu krokiem przeprawiam się na przeciwną stronę ulicy, gdzie z radością witam mojego starego dobrego przyjaciela.
- Rami, matko, jak dawno cię nie widziałam - wyszczerzam zęby w szerokim uśmiechu. - Jak życie mija? Jakoś utraciliśmy kontakt po tym, jak ja zakończyłam szkołę. - stwierdzam z lekkim przygnębieniem. - A więc? Co słychać? - dodaję nieco pozytywniej.
Rami, klusko? ^.^
Na ziemię sprowadza mnie gwałtowne szarpnięcie Marvela, którego koniec smyczy trzymam w dłoni. Mieszaniec szczeka donośnie, zwracając na siebie uwagę przechodniów. Przez moment zastanawiam się, co może być przyczyną takowego zachowania wilczura, jednak gdy tylko się odwracam, z uśmiechem uświadamiam sobie prawdę.
Rezygnuję z czekoladowego nieba w ustach i szybkim, aczkolwiek utrudnionym przez masy śniegu krokiem przeprawiam się na przeciwną stronę ulicy, gdzie z radością witam mojego starego dobrego przyjaciela.
- Rami, matko, jak dawno cię nie widziałam - wyszczerzam zęby w szerokim uśmiechu. - Jak życie mija? Jakoś utraciliśmy kontakt po tym, jak ja zakończyłam szkołę. - stwierdzam z lekkim przygnębieniem. - A więc? Co słychać? - dodaję nieco pozytywniej.
Rami, klusko? ^.^
Subskrybuj:
Posty (Atom)

